Teoretycznie mam ochotę coś napisać, znów łapie mnie syndrom panny A. Ale o tym później.
Teraz siedząc sobie, nie mając nic do roboty, czytam blogi. Co chwilę napotykam się na blog jakieś młodej dziewczyny (od 13 do 18 lat), które piszą o odchudzaniu. I to nie jest odchudzanie byle jakie tylko już chorobliwe... Żadna z tych dziewczyn nie waży powyżej 70 kg, wyglądają dobrze, a mimo to przesadnie walczą z ich zdaniem nadwagą, której pewnie nawet nie ma. A dlaczego? Dlatego, że ludzie rozpowszechnili ideał kobiety wychudzonej.Na której ubrania wyglądają jakna wieszaku. Gdzie każda kosć musi być widoczna. Raz na demotach był nawet obrazek porównania 2 kobiet i jeżeli ktoś by mi powiedział, że woli tą chudszą to bym wyśmiała z miejsca. Krągłości są o wiele bardziej pociągające. Wystarczy być zadbanym, bronić się przed cellulitem itp, a wyglądać można rewelacyjnie. Sama mam nadwagę, często siedzę i się sama nad sobą użalam, że fatalnie wyglądam, ale za grosz motywacji do odchudzania nie mam, a mimo to mam fantastycznego faceta, który ciągle powtarza, że uwielbia moje ciało. Nie warto się katować, żeby wyglądać jak z okładki jakiegoś magazynu o modzie gdzie modelki wyglądają koszmarnie. Zresztą zaczyna się powoli likwidować modelki o wyglądzie kija do mopa. Wyglądają niezdrowo, obrzydliwie i narzucają zły przykład. Więc moje drogie koleżanki, ogarnijcie się! To co większe jest duże piękniejsze niż kości, kości i jeszcze raz kości. :)
A teraz wracając do początku. Znowu śniła mi się panna A, choć już się tym nie przejmuję jak się budzę to jednak jakoś to we mnie siedzi. K już o niej nie wpsomina wcale, wiem, że nie ma z nią żadnego kontaktu (chociąz kiedyś też myślałam, że wiem... ) Jednak nie do końca potrafię mu jeszcze zaufać po tym jak kłamał. Potrafię siąść i się dobijać oglądając jej profil na facebooku i się porónując, myśląc o tym co wiem o niej, i ich związku. Idiotyzm wiem. Pwoinnam ją usunąć też ze znajomych tak jak zrobił to K, ale nie potrafię. Chcę mieć pod kontrolą to co pisze. NIe wiem nawet po co. Boję się, że kiedyś doda ich wspólne zdjęcie, bo lubi dodawać starocie (wspomnienia). Tego bym nie wytrzymała, od razu cos bym jej napisała, a znając moją porywczość rozpętałabym wojnę. Czasem boję się, że panna A będzie za mną się ciągła całe życie. Powtarzałam sobie, że jak się zaręczymy, albo będziemy ze sobą dłużej niż oni byli, to zapomnę o nie i co? Pierścionek mam, a panna A ciągle mnie prześladuje. Mamy poważne plany na wspólne życie, powinnam się niczym nie martwić, a jest ciągle to samo. Nie wiem jakaś nawiedzona jestem. ;/ A mojemu K nic nie powiem już bo on twierdzi ( chyba nawet słusznie), że przesadzam i powinnam dać se spokój. Poza tym nie będę już mu o niej przypominać, skoro sam zapomniał, bo sama sobie mogę pogorszyć to na co zapracowałam. Bo jakby nie było przetrwałam moment kiedy to ona dalej była najważniejsza, udało mi się doczekac tego, że teraz to ja jestem nr 1, wiec nie mogę tego zmarnowac gadaniem o niej,. ale czy ja sobie sama dam radę z tym fanatyzmem na jej punkcie... ?
74 2012-05-15
Ech przed pracą napisałam notke i co? Z pośpiechu nie dałam tytułu, klikałam odruchowo, i w końcu zmarnowałam to co napisałam. MOże w sumie to był znak, że tak mało treściwej notki nie warto dodawać? Choćiaz ta lepsza nie będzie. ;)
Zaliczyłam osttanio juwenalia, impreza przednia, towarzystwo do du*y. Wzięliśmy z K moje dwie "serdeczne" koleżanki, oczywiście z uprzedzeniem, że fajnie jakby dały po dyszce za przejażd, bo 30 km to nie tak blisko. Nie dośc, że marudzeniom jednej i narzekaniom końca nie było to jeszcze wielki problem z ów zapłaty zrobiła. Majętna jest, a taki skąpiec, no naprawdę zwątpiłam w ludzi. Bynajmniej to już był ostatni raz naszego wspólnego wyjazdy gdzieś. My im dupy wozić nie będziemy, jak potem mam słuchać takich tekstów.
Reszta weekendu za to była udana, mimo złej pogody. Cały czas byłam z K, a korzystając z wolnego domku u niego mieliśmy bardzo erotyczną sobotę. :) A w niedzielę, próba wspólnego urzędowania w kuchni i gotowanie obiadu ;D miło tak czasem, nic nie robić, a jest milej niż jakby miało się jakieś plany. ;D
Najistotniejsze jednak z rzeczy, o których chcę Wam powiedzieć jest fakt, że dziś zaliczyłam pierwszą samodzielną jazdę samochodem, bez osoby siedzącej obok. :) Stresu było co niemiara, ale dałam radę i czuję się teraz z 2 razy pewniej. Jednak nie jest tak źle jak sobie ciągle wmawiam. Może auto mi zawyje, czasem szarpnie przy zmianie biegów, ale zagrożeniem dla pozostałych uczestników ruchu nie jestem ;D
Teraz jeszcze tylko musze mojego chłopaczka odebrać bo sobie na piwo z ludzmi z pracy poszedł, więc jeszcze jeden kurs i spaaać, bo dzień dziś był dłuuuuugi okropnie i senny. ;/
Ale to już było 2012-05-06
I nie wróci więcej. Majówko żegnaj. Wolny tygodniu, żegnaj. Ech aż strach pomyśleć, że 9 dni minęło aż tak szybko. I nic w sumie nie zrobiłam ambitnego, poza tym wyjściem w góry. Przez co moja skóra nadal cierpi. Muszę przyznać, że nie wygląda to dobrze, tylko jak typowe oparzenie. Skóra jak schodziła tak schodzi, tylko zostają plamy czerwone, mam nadzieję, że z moją tendencją do bliznowców nic mi nie zostanie... ;/
Maj, piękny miesiąc, wszystko kwitnie, matury, komunie, konfirmacje. Kurcze kto by pomyślał, że dokładnie rok temu pisałam maturę, z gorączką i opuchniętą twarzą? Opracowywałam mój temat maturalny o kobietach rzucając się na głeboką wodę, mając Ligię z Quo Vadis. Czas leci zdecydowanie za szybko. Ale przyznaję, że uśmiechnęłam się do siebie jak zobaczyłam temat tegorocznego wypracowania maturalnego. Strasznie lubie "Lalkę" a Izabela wydaje mi się fantastycznym tematem do opisywania (swoją drogą w prezentacji też ją ujęłam). Mam nadzieję, drodzy maturzyści, że dobrze Wam poszło i życzę powodzenia dalej. :)
Znów siędząc w ten weekend na zajęciach wątpiłam w sens mojej edukacji. I gdyby faktycznie nie te wydatki jakie już w to włożyłam skłonna byłabym zrezygnować. A może moja ambicja by mnie jednak powstrzymała? Bynajmniej ćwiczenia porwadzone przez pewną panią mgr są żenujące do tego stopnia, że aż strach pomyśleć co będzie na kolokwiach. tak bardzo bym chciala, żeby te studia coś mi w życiu dały. Żebym kiedyś w domu mogła się pochwalić, że zrobiłam dla siebie więcej niż oni i coś z tego mam. Czas pokaże. Jak przetrwam te 2,5 roku to już będzie z górki.
Jutro znowu praca, znowu listwy, uszczelki i pewnie zaduch na hali. Nie tak sobie wyobrażałam moję życie. Chyba moja wygórowana ambicja jest powodem mojego niezadowolenia. Bynajmniej mam nadzieję, że po tej majówce się wyśpie.
Mój K był zadowolony ze swojego prezentu, chyba najbardziej ze wszytskich jakie dostał. Choć nie przebiegło wszystko tak jak miało. Bo oczywiście panna A, troskliwa ex dziewczyna musiała mu posłać życzenia. Tu oczywiście nie było by żadnego problemu gdyby nie fakt, że w opisie nadawcy smsa wyświetliło się jej nazwisko, a przeciez mój K mówił, że nr usunął. Fochy były, złość też, po czym okazało się, że nr został na karcie sim, a on używa pamięci telefonu. Usunął go i stwierdziłam, że w urodziny nie będę robić mu wyrzutów, choć swoje pomyślałam.
Porozmawiałam też z przyjacielem mojego K, którego nie widuję zbyt często, ale który zna go od dziecka i powiedział mi coś co podniosło moje uczucia. Otóż owy przyjaciel przyznał, że K nie starał się na początku naszego związku ani w połowie tak jak robił to przez cały związek z panną A (tego akurat byłam świadoma, no bo po co starać się o "produkt zastępczy"), ale teraz widać za to, że mój wspaniały K stara się i angażuje o wiele bardziej, niż w związku z panną A. Balsam dla mojego serca po prostu, Mimo, że to widzę, że się stara, dobrze było usłyszeć to od kogoś kto zna mojego narzeczonego lepiej niż ja jakby nie było, dłużej, i wiedział jak było zanim ja się pojawiłam w jego życiu. I choć nie wiem jak to będzie, bo w dzisiejszych czasach nic nie jest pewne, a długoletnie związki rozpadaja się od tak, to teraz mogę cieszyć się szczęśliwym związkiem.
Majówki część dalsza 2012-05-02
Cóż zabiegi panthenolem i kremami nawilżającymi nic nie dały. Skóra zaczęła mi schodzić z ramion. Pocieszam się faktem, że tam najłatwiej opala więc jakoś to będzie. Chociaż ja mam głupią manię, że nie potrafię się powstrzymać, żeby tej skóry nie odrywać, a tak nie powinnam robic. Ale jak to koleżanka właśnie ujęła, lato przed nami. :P
Nie mam już takiej nerwicy jak ostanimi czasy. Chyba jest jakaś pozytywna poprawa mojego nastroju. Choć oczywiście nie bez powodu ta notka jest ;P K staje się prawdziwym facetem, któremu jedno w głowie. Z jednej strony mi to schlebia, bo to znaczy, że go podniecam itp itd, co oczywiście dowartościowuje moją słabą samoocenę, ale z drugiej trochę przykro się robi jak słyszę, że przyjedzie wcześniej po mnie bo można by coś rano za zamkniętymi drzwiami, że chciałby się spotkac bo można by... itd... A mi ochota spadła szaleńczo. Role się odwróciły. Na początku to ja byłam ta niewyżyta, która ciągle chciała, a on raz zaczasu. Teraz to mi się nie chce, a on jest rządnym rozkoszy samcem. Jednak bycie z kimś, kto budowal swoje uczucie na nowo nie jest łatwe. Nawet w takich sprawach jak seks ciężko się dogadać gdy zmienia się sytuacja i podejście. Chcialabym, żeby mój stan pożądania wrócił do tego jaki był dawniej.
Moje 2 dni wolnego weekendu majowego przesiedziałam w domu kryjąc się przed słońcem. Nawet się nie pouczyłam, a miałam. Teraz 2 dni z K. Jutro jego urodziny, mam dla niego atlas gór polski, który na pewno się mu spodoba bo sam sobie zażyczył więc przynajmniej o trafność prezentu nie muszę się obawiać, no i w związku z powyższym, może dostanie jakiś prezent ekstra, bardzo osobisty ;) Potem szkolny weekend właściwy i znów praca... Oj to będzie ciężki powrót do rzeczywistości.
Majówka, majówka 2012-05-01
Czas wolny leci zdecydowanie szybciej niż ten zajęty pracą. Wolne mam od soboty a czuję się jakby sobota była wczoraj... Czas zleci,a ja nic nie zrobię pożytecznego ;) Bynejmniej takie wolne mi się przyda. Czuję się jakbym miała wakacje czy też faktyczną majówkę jak za czasów szkoły, a przecież to było nie tak dawno ;)
Weekend fajnie minął. W sobotę K przyjechał do mnie ok 12. Spędzaliśmy czas u niego na myciu samochodu, poszliśmy na lody i siedzieliśmy nad Wisła. Wieczorem ognisko z jego rodziną. A w niedziele? Zebrałam się i wyszłamz K w góry. Oj zdziwiłam się, że tak dobrze mi poszło. Najpier mieliśmy wyjść na jedną górkę, ewentualnie przejść na drugą, audało się jeszcze wyjść na 3. I o dziwo nie było z moją kondycją aż tak tragicznie. :) Jedynie słoneczko dało mi w kość... Oj dało. Przekonana, że nic mi nie będzie, i większość drogi pójdziemy w cieniu niczym się nie posmarowałam i spiekłam się na raka! Oczywiście panthenol i różnego rodzaju kremy nawilżające poszły w ruch od razu, ale obawiam się, że skóra zejdzie... ;/
Chyba nigdy nie będzie mi dane się ładnie opalić ;)
Wczoraj K chciał spędzić czas z kolegą, piwko i posiedzenie nad Wisłą. Miałam być ich kierowcą, ale że nie chciałam wracać sama, to wzięłam sobie koleżankę i my w swoją stronę oni w swoja. Jedynym moim stresem był fakt iż moja koleżanka, mająca prawko miesiąc zaledwie dłużej niż ja strasznie lubiła się przechwalać jak to nie jeździ dobrze, co mnie stresowało bo mi idzie średnio, a głupio by było źle wypaść, ale o dziwo poszło mi bezbłednie, nawet K był zaskoczony moim nawracaniem xD Chyba jednak potrzebuję widowni za kółkiem żeby nie robić głupich błędów :P
K teraz 2 dni pracuje, a ja myślę co z sobą zrobić. Poszłabym na rower, ale na słońcu czuję się jakbym leżała na patelni. Spalonego raczej już nie można opalić xD Więc pozostaje bytować z książką w cieniu, ewentualnie poświęcić trochę czasu na naukę bo w weekend mam szkołe i pierwsze kolokwium w drugim semestrze więc warto by było się czegoś nauczyć, tym bardziej, że materiału jest niewiele.
Także moi drodzy, życze Wam udanej majówki, niech czas płynie wolno i przyjemnie. Niech słońce Was opala, a nie spala. Niech grille się łatwo rozpalają i niech relaks będzie błogi :)
Jak zwykle fenomenalnie 2012-04-27
Ja nie wiem, czy zawsze musi być tak, że coś nie nie układa? Nie może być momentu, w którym mogłabym pomyśleć, kurcze wszystko idzie po mojej myśli jest świetnie! ? Ano widocznie nie.
Koleżanka, o której pisałam, że kontakt się zatraca odezwała sie, ba! nswet doszło do konfrontacji. Wczorajszego (jakże ślicznego popołudnia <3 ) porozmawiałyśmy. Ona twierdziła, że się cała trzęsła przed spotkaniem, a mi było szczerze wszytsko jedno. Wersje miałam dwie. Albo będzie się mądrzyć, że to ja jestem ta zła, albo będzie przepraszać za swoje zachowanie. Jak się okazało było to drugie. Przepraszała, zapewniała, że dojrzała, że nie chce tracić naszej trójki itp, itd... Nie wierze. Owszem powiedziałam, że nie będzie łatwo, ale wszytsko możemy na nowo budować, ale nie wierzę w to. Teraz się odzywa, a za parę dni będzie to samo.
Dostałam umowę, bo kończy mi się okres próbny. Mój brygadzista oczywiście, żeby nie stwierdzić, że jest zbyt miły musiał zasugerować, że powinnam dać z siebie więcej inicjatywy. jakiej ja się pytam? Co można inicjować przy przyklejaniu uszczelki?! Umowę dostałam na rok, ho! nawet dostałam podwyższe, o całe 50gr na godzinie. No śmieszne. Ciekawe czy jego żona, z którą pracuję też ma takie warunki jak ja...
Co do mojej pracy, dobrze się tam czuję, mam fajnych ludzi na zmianie, pracę nie wymagającą zbytniego wysiłku, no i przepracuję 8 godzin i nic mnie nie interesuje więcej. Z drugiej zaś strony, źle mi z tym, że jestem zwykłym pracownikiem produkcyjnym. Ja? Z moimi ambicjami, ta która miała wszytskim pokazać co potrafi... Tłumaczę sobie ciągle, że ta praca jest po to, żeby zarobić na studia, a co potem? Będę dalej pracownikiem fizycznym pewnie, tylko, że z papierkiem...
no i oczywiście coś co wyprowadziło mnie na dziś z rónowagi (jeżeli zaglądacie tu częściej powinniście wiedzieć, że do tego wiele nie trzeba). Zaczynamy dłuuuugi 9-cio dniowy weekend. Oczywiście mój K nie ma go całego wolnego, ale dość sporo. Bynajmniej już dziś mieliśmy się zobaczyć, żeby spędzić ze sobą całą sobotę i niedzielę. Oboje stęsknieni za tym, żeby się położyć wieczorem, żeby żadne z nas nie musiało wstawac rano... Cały dzień w pracy tylko czekałam, aż ten dzień się skończy, i co? I wielkie nic. Mój K zadzwonił do mnie ok 19, że o 20 skończy, że mogę się szykować na wyjazd do niego. Po czym mi mówi, że rano jedzie gdzieś tam z tatą coś robić więc go parę godzin do południa nie będzie. I tu wszytsko runęło. Nie będzie spania razem, do oporu i w przytulaskach... na co tak czekałam. I miałabym być u niego do południa sama, z jego mamą, z którą ewidetnie nie potrafię rozmawiać. Jest miła, sympatyczna, ale wymaga, żeby z nią siedziec, dużo rozmawiać najlepiej, a czasem się czuję jakby miała gdzieś to, że się do niej w ogóle odzywam... Nie czuję się tam swobodnie jak jestem sama, więc mówię, że jak skończą to w takim razie zobaczymy się jak wróci do domu, bo nie wiem nawet ile tam będzie. może być 2 godziny może być pół dnia i co ja wtedy zrobię. I tu zaczęło się, bo mi nie zależy na wieczorze, bo ja nie chcę... a on chce. Bo robię sztuczne problemy... I weź tu dogadaj się z facetem... NIgdy nie może być wszytsko jak być powinno.
Rozmyślań ciąg dalszy 2012-04-25
Cholera jasna! Napisałam właśnie najbardziej życiową notatkę, jaką kiedy kolwiek udało mi się ja stworzyć i mi wygasło połączenie. Wszystko poszło z dymem, a mówili zapisuj sobie... Pewnie próba odtworzenia już nie będzie taka sama!
Na dzisiejsza notkę natchnęło mnie w pracy ( więc jednak przyklejanie uszczelek może być motywujące ).
Od początku. Wczoraj był dziwny dzień. Zwykła sprzeczka z bratem, a raczej jego złośliwość doprowadziła mnie do łez. takich, których nie potrafiłam powstrzymać. takich których mój K nie rozumiał, bo stwierdził, że powinnam się opanować , a nie beczeć bez powodu, i płaczę bo chcę. A ja nie potrafię nie raz inaczej. Staram się powstrzymywać łzy, ale najzwyczajniej w świecie nie umiem. Rozchwiana jestem emocjonalnie. Co oczywiście doprowadziło do kłótni, ale potem też do poważnych rozmów.
Najpierw temat wakacji. Otóż, planowaliśmy wyjazd, morze, słońce, plaża i błogie lenistwo, ale najzwyczajniej nas na to nie stać. Postanowiliśmy więc, że nasz urlop skończy się wyjazdem na 3 dni do Ostródy, na festiwal reggae i wyskoczenie gdzies pod namiot ze znajomymi jak się takowi chętni znajdą. Taniej, a równie miło.
Potem mieszkanie. Poruszałam już ten temat. Pisałam, że się boję, chcę, ale się boję. Teraz boję się nadal, ale chcę jeszcze bardziej. Atmosfera w moim domu mnie dobija. Brat mnie dobija. Jest wredny. Tatę o wszytsko trzeba prosić, a i tak ma to gdzies. Kupiłam jakiś czas temu słuchawkę prysznicową nie wydałam dużo, ale jak na moją wypłatę to sporo, bo w końcu w domu nie ma kasy, a kąpać się trzeba, więc ok. Poprosiłam tatę, żeby tylko przekręcił uchwyt. Słuchawka jest 2 tygdonie, uchwyt dalej leży. Co do tego? Nie ma kasy w domu, prosiłabym o dołożenie na szkołe, na samochód powiedzieli by, że nie ma, a ty nagle tata zrobił sobie sztuczną szczękę. A to przecież nie jest tanie, więc ja się pytam za co?! Chcę już mieszkać sama, mieć w lodówce to co mi się podoba, nie słuchać ciągłego narzekania.
Kolejny temat to ślub. Tu swóje źródło ma moje rozmyślanie w pracy. No bo jak to jest, że facet w wieku 23 lat chce brać ślub? I jest iście przekonany, że będzie dobrze? Zaplanowaliśmy to wydarzenie wstępnie na czerwiec 2014. Ale powiedziałam, że najpierw muszę mieć pewność, muszę wiedzieć czy to ma sens, i musimy co najmniej pół roku razem zamieszkać zanim na 100% zdecydujemy się na małżeństwo. Przeraził się. Pytał nawet ze smutkiem czy nie jestem pewna naszego związku i wogóle. Ależ ja jestem pewna, nie wyobrażam sobie życia bez tego człowieka, ale jednocześnie jestem osobą tak pełną obaw, że musze w praktyce zobaczyć jak to będzie, żeby coś zdecydować. Bojaźliwa stałam sie strasznie, boję się o ślub, o pracę, o samochód, o mieszkanie. O wszystko co nowe.
Do tego sobie myślę, czy żeby mieć faceta dojrzałego do związku trzeba osbie wziąć takiego który jest zraniony, jak mój K? Wytrzymać to, że się jest produktem zastępczym i przeczekać, aż miłośc "zastępcza" zrodzi się w miłość naprawdę? Tylko czy ja teraz będę potrafiła okazywac swoje uczucia? Teraz mam z tym straszny kłopot.
Jestem znerwicowana, bojaźliwa i nie mam pomysłu na siebie. A notka pisania drugi raz nie wyszła taka jak za pierwszym.
Po weekendowe 2012-04-22
Tak, weekend zleciał jak z bicza strzelił. Po całym tygodniu 2 zmiany, cały weekend w szkole, od 8 do 18... Za każdym razem jak wracam ze studiów zastanawiam się po co mi to jak pewnie pół życia będę uszczelki przyklejać w fabryce i tyle z mojej ambitnej kariery zawodowej... Ale bądźmy dobrej myśli.
Bynajmniej poza tym, że może się czegoś nauczyłam o zarządzaniu, marketingu finansach i "przeuroczej" statystyce to rozmowa z koleżankami bardzo skłoniła mnie do myślenia. Jak to baby, nic do rzeczy z rozmowami, tylko o facetach. Otóż jedna rozstała się po 4 latach związku, bo chłopak ją zostawił, mówiąc o wypalonym uczuciu, druga zaś sama zostawiła faceta, z którym była zaręczona, co więcej po tygodniu znalazła nowego faceta. Najpierw pomyślałam o tym, że mam szczęście. Mam kochanego faceta, który już po 2 latach zdecydował się na tak poważny krok jak zaręczyny, który pokazuje co do mnie czuje, lubi ze mną spędzać czas i ogólnie pomimo nieporozumień tworzymy szczęśliwy związek. Z drugiej strony jednak przecież koleżanki wraz z partnerami po 2 latach pewnie też myśleli dokładnie to samo. Więc czy aby na pewno w dzisiejszych czasach związek może być aż tak stałą wartością? Czy moja sielanka z K też się rozpadnie kiedyś? Kiedyś ludzie się poznawali w szkole średniej, robili dzieci w wieku ok 20 lat i żyli długo i szczęśliwie. No może z tym szczęściem to nie zawsze. Więc czy mój związek ma szanse przetrwać to wszytsko co się dzieje i też już na dobre i na złe? Do końca życia? Bez zdrady (bo tego bym nie zniosła...), w szczęściu. Z każdym dniem wątpię coraz bardziej w ten świat i wartości tu panujące. Strasznie dobrze oddają ten świat słowa piosenki, a że mało udostępniam tu muzyki, a słucham nie tego co popularne to łapcie:
"Tu miłość kojarzy się z seksem, a stres zajmuje spokoju miejsce. Wokół ciągła aktorów gra, a życie to teatrzyk, chciałbym do mojego snu powrócić znów.: - aż przykro się robi, ale to takie prawdziwe.
Problemy czasów młodości 2012-04-18
Czytając różne wpisy na e-blogach, często dziewczyn dużo młodszych ode mnie dochodzę do wniosku, że na świecie nic dobrego się nie dzieję, a schemat dzieciństwa jest strasznie zaburzony. Już ja miałam problemy z sobą, z życiem, myślałam, że to co robiłam kiedyś jest rzeczą dziwną okazuje się, że jest prawie, że na porządku dziennym. O co chodzi? O zadawanie sobie bólu. Nie ukrywam miałam w swoim życiu etap dziwny, kiedy "lubiłam sobie coś wyskrobac na skórze". Z racji zranionej miłości, ogólnej atmosfery w domu. Nie robiłam tego nigdy po to, żeby się zabić, tego albo się bałam, albo gdzieś jednak krył się we mnie optymizm, że w końcu będzie lepiej. Po prostu ból koił nerwy, zamiast myśleć o tym co przykre widziało się krew, czuło pieczenie. Najczęściej "pisałam" coś, czy imię, czy jakieś inicjały. Czasem były to tylko zwykłe krechy, ot tak. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że mimo moich 20-stu lat, są momenty kiedy myślę, że może to znowu mi ulży i coś da, ale z drugiej strony no po co?
Nie piszę tu teraz żeby się wyżalić, mało kto o tym wie, zawsze w końcu robiłam to w miejscach niewidocznych, chcę jedynie dla tych, przeważnie dziewczyn, które teraz są na tym etapie powiedzieć, że nie warto. To odskok tylko na chwile, a blizny zostają na całe życie. Do dziś widzę na kolanie "wyryte" słowo [hate] i co? I za każdym razem myślę, kurde ale Ty byłaś głupia. Po co Ci to było? Nic z tego nie masz, nic ci to nie dało, a zostawiło szkody, o których już nie tak łatwo zapomnieć. Lepiej było wyjśc na spacer, ze słuchawkami na uszach, posiedzieć pomyśleć, a samo by przeszło. Nie ma co reagować impulsywnie. Całe życie w końcu przed nami, i to my sobie go zbudujemy tak jak się nam będzie podobało.
Życie toczy się dalej. 2012-04-17
Mało się u mnie dzieje, a może sporo a ja tego nie dostrzegam? Miałam porozmawiać, poważnie z jedną z moich koleżanek. Niby przyjaciółka, a nic nas w sumie nie łączy, napisałam jej sms-a (inna forma kontaktu nie była możliwa), że przykro mi, że nawet nie zapytałą o to jak mi poszło z prawkiem, nie życzyła powodzenia ani nic, i nie sądzę, żeby to co było między nami dalej można nazywac przyjaźnią. I faktycznie nie można. Odezwała się chyba po tygodniu od tego sms-a, i owszem chciała się zobaczyć. Porozmawiać. Umówiłyśmy się, ale musiałam przełożyć na następny dzień. Następnego dnia ona napisała, że musi przełożyć bo jest chora. Ok, każdemu się zdarza. Umówiłyśmy się, że napiszę jej następnego znów dnia cy dam radę do niej wpaść, ale nie zdąrzyłam nawet napisać bo ona sama stwierdziła, że i jej i mi będzie na rękę jak przełożymy, po czym dowiedziałam sie, że poszła na urodziny sobie. Niby chora. Doszłam do wniosku, że tu już nie ma co ratować. Dawałam jej szanse, mimo, że sama powiedziała mi otwarcie, że chciała rozwalić mój związek, wybaczyłam. Chciałam, żeby nasza znajomość trwała, cóż, teraz już mi nie zależy, co więcej mam ochotę całkowicie ją ignorować. Nie potrzebuję wokół siebie ludzi, którzy są wtedy kiedy czegoś potrzebują. W ogóle chyba nie potrzebuję większości ludzi obok siebie, ale to inna bajka...
W niedzielę mieliśmy chrzciny, mój K jak pisałam został ojcem chrzestnym i dobrze się spisał. Nawet byłam dumna, że mam takiego mężczyznę, mało wypił, pomagał przy sprzątaniu. Tak wiele kobiet mi by go zazdrościło widząc jaki jest, a ja tego chyba nie do końca doceniam. Ciągle męczy mnie fakt, że na początku byłam tylko "produktem zastępczym" po jego poprzednim związku i tak ciężko mi teraz pokazywać swoje uczucia, nawet chyba jestem bardzo mało czuła. A przecież to mi dał pierścionek, ze mną chce spędzić reszte życia.
Mam swój mały triumf w stosunku do panny A. Nie śni mi się już tak często. Ponad to powiedziałam sobie kiedyś, że chciałabym, żeby to mnie K wybrał we śnie a nie ją. Na razie tak się nie stało, ale śniło mi się, że to ja byłam bardziej atrakcyjna dla innego mężczyzny niż ona. To już chyba coś. :)
Nic idę się szykować do pracy o dziś druga zmiana. Miłego dnia życzę Wam wszystkim.
Credits: Sweet November & Coby17
Wszelkie prawa zastrzeżone! Wspierane przez Blog & instrukcje na bloga
Menu
Strona głównaO mnie
O mnie
Na mój temat zdradzę Wam niewiele, otóż jestem catch-a-fire, fanka reggae, naiwna dziewczyna nierozumiejąca tego podłego świata, traktująca wszytsko po swojemu, ironiczna, dwudziestoletnia złośliwa dziewczyna chcąca zrobić coś pożytecznego ze swoim życiemLinki
Rozterkimłodejsingielkitoja-toja
Pink-Lady
everywhereblack
Decorator
pomoc dla toja-toja - wystarczy tylko klikać!
Archiwum
2012Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Subskrybuj blogi